W miejscu, gdzie krach za krachem, nazywano domem
W miejscu, gdzie pion równał się z poziomem
Gasły marzenia o rodzinie, dziecku, żonie...
Nie polubisz strachu... Odwagi chyba też nie
Nie ma czym wypełnić pustki bezsprzecznie
To się stanie niebezpieczne...
Upadniesz pod naporem sumy nieszczęść
Chcesz żyć? Nie robisz tego, nie wiesz dlaczego...
Zmyć fetor? Przeciwstawić się lękom?
Skruszyć beton, nadzieja umrze chwilę przed tobą
A ty jesteś jeszcze tu, jedną nogą...
To insomnia, która zabija...
Jakby ktoś o tobie zapomniał i to, i mija...
Dolewa oliwy do ognia i strach rozwija...
Rozbija, że dochodzisz do dna i gorycz spijasz...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz